Zaręczyny w 3 aktach – Paweł i Monika

Miesiąc temu NoBo miało przyjemność organizować wydarzenie wyjątkowe i niepowtarzalne, inne niż wszystko co dotychczas robiliśmy – zaręczyny. A że miały być to zaręczyny jakich świat nie widział, wyzwanie było ogromne, zarówno logistycznie jak i koncepcyjnie. Zaczęło się od niewinnego pomysłu, a skończyło na skomplikowanym przedsięwzięciu, trwającym – łącznie z przygotowaniami – kilka tygodni, w które zaangażowane było w sumie 9 osób. I jak się okazało każda z nich bawiła się równie dobrze, co dwójka głównych aktorów tego dnia.

Osoby dramatu

perfect_moment_013
Paweł i Monika

Monika – niczego nie podejrzewająca przyszła panna młoda
Paweł – pomysłowy i romantyczny dżentelmen z pierścionkiem
Monika – fotografka, specjalizująca się w kobiecych i zmysłowych sesjach
Iwona – asystentka fotografki
Filip – stażysta NoBo, odgrywający tego wieczoru rolę studenta dziennikarstwa
Pan Janusz – saksofonista, odgrywający tego wieczoru rolę gospodarza budynku (tzw. ciecia)
Marcelina – stażystka NoBo, czuwająca nad rekwizytami i agendą
Pan kapitan – sternik gondoli
Paweł, czyli ja – „mózg” operacji

Prolog – telefon i spotkanie

Z Pawłem spotkaliśmy się na siłowni. Wcześniej mówił, że ma ważną sprawę, nie na telefon. Zaczynałem już zastanawiać się, czym mogłem zajść mu za skórę i czy na tejże siłowni nie bywają kelnerzy od Sowy. Powód spotkania okazał się jednak nieco inny, choć zaskakujący. Pawła znam od blisko 10 lat, wiele razem przeszliśmy, a kiedyś powiedziałem mu, że sukcesy których mu brakuje, to anoreksja i miłość. Pierwsze póki co mu nie grozi, ale drugie właśnie odnalazł. No i potrzebował tę miłość wyrazić w postaci wyjątkowych zaręczyn.

Akt I – Pomysł

Paweł postanowił zrobić swojej wybrance prezent i zafundował jej sesję fotograficzną. Szybko skojarzył, że może być to dobry pretekst i wstęp do zaręczyn, i wtedy właśnie poprosił mnie o pomoc w zorganizowaniu wszystkiego.

perfect_moment_003
TAK !

Mnie już od lat chodził po głowie dach. Zazwyczaj jest odwrotnie, tzn. to po dachu się chodzi i to stopami, ew. na czworaka, ale gdybym miał takie podejście do życia, to z Pawłem pewnie nigdy byśmy się nie zaprzyjaźnili 🙂 Zaczęło się kombinowanie: trzeba znaleźć w Warszawie jakiś wysoki dach z pięknym widokiem, na który można się dostać – sesja fotograficzna może się przecież zakończyć w plenerze, a dach to chyba niezły plener. Tam powinno coś się dziać…stolik, świeczki i stereo… Nie! Prawdziwy muzyk. Skrzypce, gitara – trochę ckliwe. Saksofon! O tak!!! No ale jak wprowadzić 3 dziewczyny i saksofonistę na dach, żeby Monika nic nie podejrzewała? Saksofonista będzie gospodarzem domu – musi przecież wejść z nimi, żeby pilnować porządku. Mamy to!

 

Kolejne wyzwanie – jest Filip, który kręci świetne filmy – czemu nie nagrać tych zaręczyn… Im wcześniej zacznie kręcić, tym lepiej, ale jak wprowadzić go na sesję fotograficzną bez podejrzeń? Dobra, Filip będzie studentem dziennikarstwa, który na zaliczenie ma przygotować reportaż o osobie wykonującej ciekawą pracę – o fotografce Monice. Voila!

A na koniec dołożyliśmy jeszcze oryginalny szampan Dom Perignon i romantyczny rejs gondolą po Wiśle – jak się bawić, to z przytupem!

Akt II – Planowanie

Przygotowania zaczęły się na ok. 3 tygodnie przed „dniem 0”. Spotykaliśmy się z Pawłem i kreśliliśmy scenariusz, krok po kroku. O której, kto, dlaczego… Jak sprawić, żeby Monika niczego się nie spodziewała? Gdzie znajdziemy dobry dach? Skąd wziąć saksofonistę, który tam wejdzie i jeszcze zagra – oprócz jazzu – rolę ciecia? No i równie ważna kwestia – jaka będzie pogoda?

perfect_moment_024
Wejście na pokład

Kiedy jednak robi się ciekawe rzeczy z właściwymi osobami, to wszystko nagle zaczyna się układać. Ja nazywam to chemią, inni „FLOW”, a jeszcze inni przeznaczeniem. Jak zwał, tak zwał, ale działa! Dach się znalazł, saksofonista też, wszystko zaczęło się układać w całość. Choć Paweł jeszcze tydzień wcześniej stwierdził, że póki co tego nie czuje, a ja miałem rękę w gipsie, to zapowiadało się co najmniej niecodziennie.

 

Dzień przed zaręczynami spotkaliśmy się z Pawłem i Filipem na odprawie. Powtórzyliśmy scenariusz, rozdzieliliśmy zadania, ustaliliśmy sposób komunikowania się, stworzyliśmy plan awaryjny na wypadek kłopotów. A Paweł po raz setny sprawdził prognozę pogody i stwierdził, że wszystko jest możliwe. Paweł z Filipem pojechali jeszcze do fotografki Moniki, aby ta miała okazję przynajmniej poznać wcześniej Filipa – „studenta dziennikarstwa”, który przecież umówił się z nią na wywiad następnego dnia 😉

Akt III – Wyjątkowy dzień

Parafrazując kapitana Benjamina Willarda z „Czasu Apokalipsy” mogę stwierdzić: Uwielbiam zapach dobrego eventu o poranku. Kiedy tego dnia wstałem, byłem w specyficznym stanie umysłu. Mimo stresu i adrenaliny, wszystko zaczęło wyraźnie układać mi się w głowie. Kto ma co zrobić, w jakim momencie, co zabrać, co komu powiedzieć, o której godzinie każda czynność musi być wykonana, żeby spokojnie przygotować miejsce dla kolejnej. W takich chwilach wiem, dlaczego zajmuję się eventami. To jest instynkt. Uwielbiam to!

perfect_moment_012
Najważniejszy rekwizyt – nie zapomnieć!

Monika, niczego się nie spodziewając, zabrała kilkanaście sukienek i Paweł zawiózł ją na sesję zdjęciową. U mnie w lodówce chłodził się już Dom Perignon (kiedy wkładałem go tam poprzedniego wieczora, moja jedyna sprawna wtedy ręka wyraźnie drżała). Spisałem na kartce wszystko, o czym należy pamiętać, numery telefonów, kody do budynku itp. Filip miał przyjść na sesję ok. 16:00 i informować nas sms’ami o jej przebiegu. O 17:00 dziewczyny i Filip mieli udać się do Parku Skaryszewskiego na pierwszy plener, a potem o 19:00 na dach.

W tym czasie Marcelina, Paweł i ja spotkaliśmy się u mnie. Marcelina wypolerowała kieliszki do szampana, wypróbowaliśmy opaskę na oczy, którą Monika miała mieć je zasłonięte podczas przemieszczenia się z dachu do gondoli, sprawdziliśmy, czy wszystko spakowaliśmy. O 18:00 pojechaliśmy pod budynek z dachem, gdzie czekał już saksofonista / „gospodarz domu”. Wprowadziliśmy go szybko w scenariusz, nauczyliśmy kodów do drzwi, ukryliśmy saksofon i szampana za kominem na dachu. Paweł i ja schowaliśmy się w pobliskiej kawiarni, pan Janusz czekał pod budynkiem, a Marcelina (jako, że nikt z zainteresowanych jej nie zna) została łączniczką i miała reagować na ew. problemy – Paweł ani ja nie mogliśmy się kręcić wokół, bo Monika nas zna.

Największym wyzwaniem było wejście całej grupy na dach. Czy nikt nie zadzwoni po policję, czy prawdziwy gospodarz domu nie będzie stwarzał problemów, czy 3 dziewczyny dadzą radę wspiąć się po krótkiej, ale stromej drabinie..? Poszło jednak gładko. Od 18:00 Filip co 5 min wysyłał mi sms’a z ich aktualną lokalizacją. My wypiliśmy jeszcze na spokojnie kawę i porozmawialiśmy o miłości, i o tym, dlaczego ludzie właściwie się zaręczają 🙂

perfect_moment_028
Zespół NoBo: Paweł, Filip i Marcelina

O 19:10 Filip przysłał kolejnego sms’a: „za 4 min będziemy”. Po kilku chwilach Marcelina napisała, że wszyscy bez problemów weszli na dach. Paweł, Marcelina i ja poszliśmy schodami na górę i stanęliśmy pod otworem dachowym, nasłuchując. Sygnałem do wejścia Pawła z pierścionkiem miał być saksofon. Jeszcze ostatnie poklepywanie po plecach i jest…pan Janusz zaczyna grać. Paweł wchodzi na dach, klęka, zadaje TO pytanie. TAK, TAK, TAK…i to bez wahania. Ja odetchnąłem z ulgą już kilka minut wcześniej, kiedy wszyscy znaleźli się na dachu. Od tamtego momentu nic już nie mogło nas zatrzymać.

Taniec, objęcia, szampan, sąsiedzi w oknach, zdjęcia, film, muzyka…tamtej chwili aż nie chciało się przerywać. Każdy miał ogromny uśmiech na twarzy. Ciekawe, jak Monika opowiada ze swojej perspektywy, że kiedy zobaczyła Pawła wychylającego się wtedy z otworu dachowego we fraku, to pomyślała, że wyrzucili go z pracy 🙂

perfect_moment_021
Spacer w nieznane

Następnie cała gromada zeszła z dachu, Paweł zawiązał Monice oczy i pojechaliśmy nad Wisłę, gdzie już czekała zamówiona gondola. Paweł jeszcze prowadził Monikę przez różne przeszkody, żeby nie wiedziała gdzie i po co idzie. Kiedy cała nasza ósemka i pan sternik znaleźliśmy się na łódce, Paweł zdjął Monice opaskę z oczu. Przez kolejną godzinę, najpierw o zachodzie słońca, a potem w blasku księżyca, podziwialiśmy Warszawę przy akompaniamencie saksofonu, błyskach fleszy i w romantycznym nastroju.

Dla takich dni po prostu warto żyć.

ps. Ciąg dalszy nastąpi. Wkrótce opublikujemy film Filipa z tego wydarzenia. Jest na co czekać…

 

perfect_moment_027
Ty, co on gra???
perfect_moment_029
Niech ta noc jeszcze trwa…
perfect_moment_026
Warszawa – most Świętokrzyski i Stadion Narodowy
perfect_moment_030
Warszawa – bulwary i Stare Miasto

Rzecz o medytacji, czyli jak nie robić nic, aby lepiej robić wszystko inne

medytacja eventy

Zadziwiający jest fakt, jak wiele mitów istnieje na temat medytacji… Począwszy od ezoteryki, pobudzania czakr, pozycję lotosu, skończywszy na konieczności zwrócenia twarzy na wschód. Elementy te faktycznie mogą mieć znaczenie, jednak dla osób, które poświęciły życie na poszukiwanie oświecenia i duchowego spokoju. Dla kogoś, kto dopiero zaczyna medytować, takie elementy są po prostu zbędne i tworzą mocno zakrzywiony obraz tego, czym tak naprawdę jest medytacja.

Na wstępie pozwolę sobie uprzedzić, że nie jestem ekspertem, ani nauczycielem medytacji. Jednak mam spore doświadczenie w tej dziedzinie i gotowe odpowiedzi na wiele pytań, które i mnie kiedyś nurtowały.

Czym jest więc medytacja?

Medytacja to czas, który przeznaczasz na robienie dosłownie NICZEGO. Nie jesteś myślami ani w przeszłości, ani w przyszłości. Jesteś całym swoim skupieniem w teraźniejszości, w bieżącej chwili.

Medytacja jest częścią jogi, a także niektórych religii, jednak same ćwiczenia i pozycje bez ćwiczenia umysłu mają na nas niewielki wpływ.

Pewnego razu usłyszałem: „ja nie medytuję regularnie, ale czasem lubię się przejść po świeżym powietrzu, odpocząć i przemyśleć sobie bieżące sprawy”. Otóż medytacja jest czymś zupełnie przeciwnym. Nie wybiegasz myślami nigdzie, skupiasz całą swoją obecność w bieżącej chwili. Innymi słowy, jest to ćwiczenie się w nieuleganiu rozproszeniom.

OK, jak zacząć medytować?

Wybór pozycji, w której medytujemy, wbrew powszechnej opinii jest dowolny. Możemy siedzieć na krześle, po turecku, nawet leżeć. Podstawowe kryterium brzmi „czy będę czuł się w tej pozycji komfortowo przez 20 minut?”. Osobiście najczęściej medytuję siedząc na poduszce opierając plecy o ścianę. Nigdy nie medytuję na leżąco. Staję się wtedy senny, ale wiem, że sporo osób preferuje ten sposób.

Zazwyczaj daję sobie około minuty na wygodne usytuowanie się i „wczucie się” w siebie. Na początku będą Wam przeszkadzały kosmyki włosów, będziecie chcieli się gdzieś podrapać, przełknąć ślinę etc. Spokojnie, minuta wystarczy, żeby to zrobić i opanować tego typu myśli. Nie walcz z tym, zaakceptuj.

Siadam, zamykam oczy i nie myślę, bułka z masłem…

„Trochę uwiera mnie kostka. Miałem nie myśleć. O nie, zapomniałem powiesić pranie. Znowu myślę, cholera, ciekawe, czy każdy tak ma. Dobra spokój. Teraz myślę o tym, żeby nie myśleć.  No nie, jestem w tym najgorszy…”

Jeśli jakaś myśl przychodzi Ci do głowy, zamiast złościć się na siebie, pozwól jej przejść swobodnie. Nie podążaj za tą myślą, nie próbuj jej blokować, tylko obserwuj ją jakby była przechodniem na ulicy. Nadeszła, ale nie „przywitałeś” jej, więc odeszła. Zamiast po prostu przestać myśleć, postaraj się przenieść swoją świadomość na własny oddech. Jeśli będzie równy i głęboki, bardzo szybko pozwoli Ci to uspokoić swoje myśli.

Pierwsza sesja medytacyjna będzie najdłuższym okresem 20 minut w Twoim życiu. Prawdopodobnie będziesz miał/miała jedynie krótkie chwilę, w których poczujesz się w pełni obecny/obecna. Jednak pamiętaj, żeby nie oceniać swoich sesji krytycznie, nawet jeśli nawet na chwilę nie udało Ci się opanować myśli. Wszystko przyjdzie z czasem.

Podobny efekt do medytacji możemy uzyskać na przykład podczas uprawiania sportów, które wymagają zaangażowania, na przykład narty, piłka nożna, taniec.

Co da mi ta cała medytacja?

Kiedy masz już pewien staż w medytacji zdajesz sobie sprawę, że nieważne w jakiej sytuacji życiowej się znajdujesz, prawdziwe szczęście wypływa z Ciebie samego.

Dla kogoś, kto nigdy nie próbował medytacji może to brzmieć jak kiepski slogan z gabinetu terapeuty, jednak kiedy podczas medytacji osiągasz stan obecności, jest to bardzo przyjemne uczycie szczęścia i spokoju. Czujesz się „wewnętrznie spełniony”. Jeśli często medytujesz nawet proste czynności mogą sprawić Ci radość, zaczynasz bardziej doceniać każdą chwilę.

Dodatkowo, ponieważ Twój umysł nie biega od jednej myśli do drugiej, jesteś o wiele bardziej skupiony na wszystkim co robisz. Twoja kreatywność wzrasta, ponieważ nie tracisz niepotrzebnej energii na analizowanie przyszłości czy przeszłości.

Zamiast być reaktywnym w stosunku do otoczenia jak liść na wietrze pod wpływem myśli i innych osób, rozwijasz wokół siebie coś na kształt grawitacji, której jesteś centrum.

Spokojnie, to tylko codzienność

H. Benson, doktor medycyny, w swojej książce Relaxation response opisuje koncept nazwany fight or flight (walcz albo uciekaj). W przeszłości, kiedy pojawiało się niebezpieczeństwo na przykład w postaci niebezpiecznej zwierzyny, nasze ciało dostawało zastrzyk adrenaliny i przechodziło w stan podwyższonej gotowości. W dzisiejszych czasach, przeżywamy takie „mini szoki” bardzo często, nawet kiedy sytuacja nie wymaga od nas tak szybkiej reakcji.

Częste przebywanie w tym „stanie alarmowym” jest bardzo szkodliwe dla naszego systemu odpornościowego i naszego zdrowia psychicznego. Medytacja sprawia, że o wiele spokojniej przyjmujemy wszystkie stresujące sytuacje, dlatego możemy też lepiej na nie reagować.

Myślę, że dobrym porównaniem osoby medytującej i nie, jest relacja pracownika i szefa. Pracownik może reagować silnie na błahe problemy (plotki, portale społecznościowe, co ludzie o mnie myślą…), podczas gdy szef potrafi zachować spokój i zobaczyć szerszy obraz sprawy.

Medytacja pomaga też przemyśleć jeszcze raz co jest dla Ciebie najważniejsze w życiu, co Cię nakręca, motywuje. Dzięki niej zaczynasz też z ufnością zdawać sobie sprawę, że cokolowiek stanie się w Twoim życiu, powrócisz do wewnętrznego spokoju i harmonii.

 

Na koniec chciałbym powiedzieć, że jeśli przekonałeś się do medytacji, to nie ważne co się stanie, musisz zdecydować się na robienie tego codziennie. Niech to będzie Twój nawyk. Pamiętaj, nie ma czegoś takiego jak idealny moment, zacznij zaraz!

Powodzenia!!!

Dziś jest dobry dzień, żeby zrobić coś innego niż na co dzień

UWAGA! Elementy przedstawione w tym wpisie zostały przetestowane przeze mnie dziesiątki, jeśli nie setki razy, i są oparte na własnych doświadczeniach. Nigdy nie zdecydowałbym się pisać o czymś, czego nie jestem pewien jak przerw reklamowych w Polsacie.

Wahasz się? Pamiętaj: odważne decyzje prowadzą do wyjątkowych historii

Masz wolny wieczór i zastanawiasz się, co z nim zrobić. Możesz postawić na scenariusz niczym tysięczny odcinek „M jak Miłość”, w którym jedyny emocjonujący moment w ciągu całego sezonu to śmierć Hanki Mostowiak i to przez zderzenie samochodu z papierowymi kartonami. Ale możesz też zaryzykować i wybrać coś innego, z dreszczykiem emocji.

Czasem, kiedy zastanawiam się właśnie nad takim wyborem, zadaję sobie pytanie: „którą historię wolałbym opowiedzieć kiedyś moim wnukom”? Jeśli zaczniemy tak patrzeć na świat, to przestaniemy przywiązywać się tak mocno do podziału na zwycięstwo albo porażkę. Jasne, nie zawsze się uda, ale niekiedy warto po prostu spróbować –  dajmy sobie szansę na ciekawą historię, znajomość, zdarzenie.

Zasada NMCTJIM  – Nie ma czegoś takiego jak idealny moment

Obojętnie, czy chcemy rozpocząć dietę, otworzyć firmę, przestać palić, czy zmienić pracę, zdarza się, że mamy tendencję do odkładania tych rzeczy, ponieważ czekamy na lepsze okoliczności. Niestety to nic innego jak okłamywanie samego siebie i wymówki. Warto zacząć od zaraz. Dlaczego?

  • Starzejemy się z dnia na dzień
  • Zazwyczaj przybywa nam obowiązków niż odwrotnie
  • Życie ma to do siebie, że lubi płatać figle i krzyżować nam dotychczasowe plany
  • Jeśli zaczniesz teraz, to właśnie jesteś w „idealnym momencie” – od tej pory to Ty panujesz nad czasem, który upływa (plus jesteś „do przodu” o czas, który już minął, odkąd zacząłeś)

Najbardziej żałujemy rzeczy, których nie zrobiliśmy, choć chcieliśmy

Mimo, że może brzmi banalnie, to jednak stwierdzenie to trafia w sedno niczym dobry snajper.

Pamiętasz tę dziewczynę z liceum, która Ci się podobała, ale wstydziłeś się do niej podejść? Albo ten taniec, którego zawsze chciałaś się nauczyć, bo ciarki przechodziły Ci po plechach, kiedy patrzyłaś, jak inni go tańczą, ale… jakoś tak wyszło?

Zazwyczaj z nowych sytuacji, które z definicji bywają mało komfortowe, przynajmniej przy pierwszym kontakcie, wynikają najbardziej wartościowe zdarzenia. Ostatecznie zastanów się, co może stać się najgorszego, nawet jeśli sprawy nie pójdą do końca po Twojej myśli?

Za każdym rogiem czyha kilka nowych kierunków (S. J. Lec)

Jako ludzie mamy tendencję do utrzymywania stanu, jaki aktualnie przeżywamy. Na przykład nie mamy ochoty słuchać smutnej muzyki, kiedy jesteśmy weseli, i odwrotnie.

Ponieważ za naszym samopoczuciem stoją emocję, a za emocjami nasze akcje, aby przełamać znużenie czy gorszy nastrój, możemy spróbować podjąć akcję, nawet wbrew własnemu samopoczuciu czy chęciom.

Badania na Uniwersytecie Wake Forest w 2011 roku pokazały, że grupa 50 introwertycznych studentów po 15 minutach rozmowy z innymi osobami, nawet jeżeli nie mieli na to ochoty, osiągnęła znacząco wyższy subiektywny stan szczęścia, niż grupa ekstrawertyków, którzy nie mieli szansy na interakcje z innymi.

 

Na koniec chciałbym przytoczyć cytat, który pochodzi z wykładu Jacka Walkiewicza, polskiego mówcy między innymi na konferencji TEDx i autora wielu książek: „wszystkie wartości bez odwagi są niczym”. Jeżeli chcemy coś osiągnąć, musimy czasem wyjść przed szereg i zaryzykować.

Powodzenia w przełamywaniu schematów!

Zgadzasz się? A może nie zgadzasz? Zachęcamy do dyskusji!

Paintball – na krótkie wyjście po pracy albo uzupełnienie szkolenia czy wyjazdu integracyjnego

paintball impreza integracyjna

Idziesz ostrożnie, aby pozostać niezauważony, ponieważ wiesz, że w każdej chwili może dosięgnąć Cię strzał. Czujesz, jak z każdą chwilą rośnie adrenalina, kiedy nagle zaczyna się walka. Nie, to nie nocny spacer po warszawskiej Pradze, tylko mecz paintballowy.

Paintball – niby już nie raz przerabiane, niby mało ambitne, niby mało „pomysłowe”, ale i tak zawsze każdemu się podoba. Można zorganizować jako krótkie wyjście po pracy, albo uzupełnienie szkolenia czy wyjazdu integracyjnego. Trochę ruchu w terenie po kilku godzinach w sali szkoleniowej czy konferencyjnej odpręży umysł i pozwoli wyładować emocje.
Dzisiaj na naszym blogu krótki przewodnik po paintballu.

Odmiany paintballa

Organizację imprezy paintballowej należy przede wszystkim zacząć od wyboru odpowiedniego miejsca. Najpierw jednak musimy się zastanowić, jaką odmianę tej gry preferujemy. Obecnie dwie najpopularniejsze to:

  • Wersja klasyczna, w której gracze wymieniają ogień używając markerów (pistoletów pneumatycznych) wystrzeliwując kulki z farbą. Często pojawiającą się obiekcją jest siła trafienia. Zestrzelenie nie należy do najprzyjemniejszych uczuć, ale w rzeczywistości trudno to nazwać bólem. W amatorskich rozgrywkach prędkość wylotowa kulki jest o wiele niższa niż podczas zawodów speedballowych, gdzie może ona sięgać nawet 362 km/h.
  • Tzw. Laser Tag, czyli paintball laserowy. Każdy z graczy zakłada kombinezon, który reaguje na sygnały podczerwieni LED wysyłane przez broń innych graczy. Do wad tej wersji możemy zaliczyć mniejszą dokładność, że względu na ograniczoną liczbę czujników w kombinezonie i niższy realizm pola walki niż w przypadku klasycznej wersji.

Informacje praktyczne

Na rynku istnieje wiele firm oferujących organizację imprezy paintballowej. Znaczna większość z nich zapewnia całość wyposażenia takiego jak mundur, marker, kulki. Cena gry dla jednej osoby w zestawie z 200 sztuk kulek waha się w przedziale 50 – 70 zł.

Część z firm oferuje grę na halach bądź obiektach zamkniętych. Walka w takich miejscach bardzo przypomina walkę w mieście, ze względu na dużą ilość przeszkód i schronień znajdujących się na miejscu. Wyższy będzie też komfort gry, ze uwagi na łatwiejszy dostęp do sprzętu, czy chociażby takich „wygód” jak szatnia.

Alternatywą są firmy organizujące grę na otwartym terenie, na przykład w lasach, gdzie używa się naturalnych przeszkód. Taki typ rozgrywki zapewnia większą losowość spotkania, ponieważ na przykład gałęzie mogą uratować nasze „życie”. Gra w lesie pozwala też na większą kreatywność – odległości są zazwyczaj większe niż na hali, możemy pokusić się o dywersyfikację taktyk, na przykład obejście przeciwnika, skradanie się w wysokiej trawie, czy użycie bardzo wielu naturalnych barier.

Scenariusze gry

Dużą zaleta paintballa jest możliwość wyboru różnych scenariuszy gry:

  • Death match – gra kończy się po zestrzeleniu wszystkich graczy z przeciwnej drużyny.
  • Point match – gra na czas, w której każdy gracz ma wiele żyć, wygrywa drużyna, która ma na koncie więcej zestrzeleń po danym okresie czasu.
  • Flag – wygrywa drużyna, która jako pierwsza zdobędzie flagę i doniesie ją do swojej bazy.
  • VIP – jedna z drużyn ma za zadanie bezpiecznie przeprowadzić pewną osobę, czyli „VIP-a”, przez pole paintballowe, „bez draśnięcia”; natomiast druga drużyna – na zestrzeleniu jej.
  • Inne, tu ogranicza nas już jedynie pomysłowość!

Organizując imprezę paintballową należy pamiętać, że ten sport wzmaga apetyt. Aby nie zaniedbywać naszych graczy warto pomyśleć o jedzeniu. Doświadczenie uczy, że grill czy ognisko to jedno z najlepszych rozwiązań na takie okazje.

Życzymy Wam samych celnych strzałów! I oczywiście chętnie pomożemy również z organizacją imprezy paintballowej.